strona główna o książce spis treści opinie absolwenci ciąg dalszy zapowiedzi kontakt kupuję forum

Warszawa 15.01.2007

Z prawdziwą przyjemnością i dosłownie jednym tchem czytałem „Misjonarzy i Barbarzyńców" i to nie tylko dlatego, że sam jestem absolwentem przasnyskiego LO. Myślę, że ta publikacja może zainteresować szersze grono czytelników, bowiem została przygotowana w sposób profesjonalny i interesujący, a subiektywne relacje absolwentów Szkoły, składają się na jej obiektywną i wszechstronną historię. Wydawnictwem spróbuję zainteresować redakcję Telewizyjnego Kuriera Mazowieckiego. Życzę wytrwałości w przygotowaniach II tomu „Misjonarzy i barbarzyńców" i dziękuję za propozycję mojego w nim udziału, co jest dla mnie zaszczytem.

Marek Wiechowski (matura 1987, dziennikarz TVP 3)






Toronto 24.01.2007

„Misjonarze i Barbarzyńcy” to świadectwo nie tylko LO. To jest również świadectwo czasu. To niemalże stulecie polskich meandrów historii powszechnej. I czasem nie wiadomo, kto się komu przygląda: Polska w oknach przasnyskiego LO, czy też może Liceum w niebieskich oczach Polski.

Uczepiłem się skrzydeł książki zaraz po jej zejściu z łoża drukarskiego. I poleciałem prosto do Przasnysza (kawał drogi z Toronto), by tam – oczywiście po „wyczyszczeniu butów” – poznać baśń jaką zapisało życie. Bo szkoła to właśnie baśń z Tysiąca i jednej lekcji. Plus, oczywiście, godzina wychowawcza i przysposobienie obronne.

Tak się dziwnie składa, że nie dane mi było nawet wejść do budynku LO im. KEN w Przasnyszu. Inne miasta brzemiennymi uczyniłem kształcąc się tam. Ale z każdym wspomnieniem, z każdym zdjęciem, z każdym listem, z każdym wyznaniem byłem coraz bliżej mojej własnej quasiobecności w przasnyskim ogólniaku. Sewek Ruda zadziwia mnie swoją miłością do miasta i szkoły. Tak, miłością. I to jest autentyczne. Autentyczny, ale w tym przypadku do bólu, jest Mirosław Goździewski w swoich listach do Dominiki. I w ogóle listów w książce jest mnóstwo. Jest jeszcze liryka Mariusza Polakowskiego. Aż do świadectwa naszych cybernetycznych czasów w blogu Fascysi. To nic, że Fascysia jest okrutnie obdarta z metafizyczności, że Fascysia ma za nic reguły gramatyczne i matematyczne. To cywilizacyjny rynsztok, który Redaktorowi wyszedł w sposób pewnie niezamierzony. A może się mylę? To ma skandalizować, szokować jak wszystko, co wokół nas elektronicznego; jak PSP3, gdzie średnia trupów na sekundę jest większa niż liczba wszystkich nieczytanych klasyków w szkolnej bibliotece.

MiB są świadectwem wielkiego komunistycznego przekrętu. Szkoła nie miała prawa być inna. Musiała być skażona syndromem komunizmu. „Ukąszenie heglowskie” jest gorsze od żądła skorpiona. Po nim się nie umiera. Po nim się „wyjeżdża” na Syberię, chodzi w pochodach 1-Majowych, bierze udział w zebraniach partyjnych, donosi na nauczyciela, na ucznia. Po nim się jest inwigilowanym, internowanym. Po nim stoi się w kolejkach po wszystko. I LO w Przasnyszu też będzie musiało się rehabilitować jeszcze przez długi czas. Ukąszenia mają to do siebie, że trwają. Czasem wiecznie.

W MiB ściąga się na maturze. W MiB uczeń jest wciąż przedmiotem w oświatowym kotle czarownic z Warszawy. W MiB nie ma laurek. W MiB nauczyciel może postawić każdą ocenę według własnego widzimisię. MiB używa każdej dozwolonej ekspresji edytorsko- literackiej. W MiB jest odważnie, ciepło, lirycznie, transcendentnie. W MiB chce się mieszkać. No, bo przecież te skrzydła mogą zabrać LO w Przasnyszu tylko do nieba. Jeśli ono istnieje.

PS
Panu A. Pszczółkowskiemu zalecałbym wnikliwszą lekturę, po której można by więcej napisać. Warto przeczytać coś do końca, tym bardziej gdy się kończyło szkoły w Warszawie.

Waldemar Kontewicz (nauczyciel matematyki w Toronto; nauczyciel w Szkołach Podstawowych w Żelaznej Rządowej i w Jednorożcu w pow. przasnyskim (1975-1985); poeta, prozaik, tłumacz. Publikował swoje teksty m.in. w „Kulturze” paryskiej, „Więzi”, „Twórczości” „Zwojach” (http://www.zwoje-scrolls.com/)
29.01.2007

Cieszy mnie nietypowa pozycja o naszym LO. Osobiste relacje jego uczniów tworzą autentyczny obraz szkoły. Zastanawiał mnie od samego początku tytuł, nijak nie pasujący do charakteru książki. Uważam, że jest przesadzony (zawiera zbyt mocne określenia). Wystarczyłby np. tytuł " Codzienne życie przasnyskiego ogólniaka". Bardzo ciekawa jest dla mnie pierwsza część pozycji, tycząca początków liceum, wówczas gimnazjum. To był inny świat, kultura, hierarchia wartości... Z zainteresowaniem czytałam relacje uczniów z okresu stanu wojennego, który wpłynął na życie szkolne.

Z uwagi na sentymentalną naturę, po lekturze książki doznałam emocjonalnego szoku: tyle znajomych twarzy, nagły natłok różnych wspomnień, notki o losach niektórych absolwentów niczym odległa historia i to przerażające poczucie upływającego czasu... Poczułam się stara, mimo młodego wieku (matura w roku 1992). "MiB" to lektura żywa, realistyczna, nie zaś laurka ku czci grona pedagogicznego, które wykazało się przecież nie tylko samymi pozytywami. To solidna garść wspomnień. Dziękuję.

Dorota - slonecznik194@wp.pl
Izrael, Aszdod 27.01.2007

Dzięki książce „MiB” wracam na nowo do Przasnysza, którego właściwie nigdy nie opuściłam, mimo, że wyjechałem z niego ponad pół wieku temu. Żyję poza nim 3 razy dłużej od lat, które tam spędziłam, gdzie się urodziłam i wyrosłam. Na zawsze czuję się przasnyszanką. Wszystko mi przypomina tę przeszłość, czuję ją węchem: kwiaty polne, kasztany, deszcz i śnieg nie znikają nigdy z mojej pamięci. Przasnysz pozostaje dla mnie pięknym miastem: aleja kasztanowa, zapach w okresie kwitnienia tych drzew, przepiękna kępa okolona akacjami, cicha i czysta Węgierka, skwerek koło klasztoru. Pamiętam wizytę prezydenta Wojciechowskiego. Do tej pory byłam pewna, że miała ona miejsce w 1923 roku. Obraz tego wydarzenia utrwalił się bardzo żywo w mojej pamięci. Widzę tłum ludzi, który zdążał do miejsca, gdzie odbywało się przyjęcie. Byli tam również przedstawiciele Żydów ubranych w tradycyjne stroje z tacą, na której był chleb i sól. W tej delegacji był również mój ojciec. Pobiegłam za nim, ale zgubiłam się w tłumie. Mimo, że nie było dobrego współżycia między Żydami i Polakami, często nawet baliśmy się natknąć wieczorem w ciemnych ulicach na grupę polskich chłopców (ulice nie były oświetlone), jednak pamiętam pewne pozytywne wydarzenie.

Na „trójce” ( plac, gdzie znajduje się dworzec PKS- przyp. red.) odbyła się kiedyś uroczystość, na której zgromadzeni zostali uczniowie wszystkich szkół powszechnych. Spędziliśmy cały dzień na zabawach, śpiewaliśmy razem, były zawody w bieganiu, skakaniu. Na koniec każdy otrzymał podarunek i słodycze.

Czytając „MiB” zrozumiałam, że moja polszczyzna jest już niepodobna do dzisiejszego polskiego języka, że należy do czasów prehistorycznych. Szczególnie odczułam to, gdy czytałam wspomnienia Haliny Ostaszewskiej. Zazdrościłam jej, ale nie zgadzam się z opisem kępy. Ona pisze: dzika kępa zarosło trzciną i łoziną.

W czasie moich odwiedzin Przasnysza w 1988 roku widziałam tę kępę i chciało mi się płakać. To nie do wybaczenia, jak można tak zaniedbać Węgierkę, park itd. Mam nadzieję, albo łudzę się, że zaszła już pewna zmiana, że miasto odzyskało piękny wygląd.

Dina Roth/Holcman (opublikowała w Izraelu w 2006 książkę „Między wojnami”, gdzie sporo miejsca poświęciła również Przasnyszowi).
Warszawa 30.01.2007

Jeśli masz tylko godzinę wolnego czasu, to nie zaczynaj czytać książki „Misjonarze i Barbarzyńcy”, bo jej lektura tak Cię wciągnie, że zapomnisz o bożym świecie. Będziesz chciał/chciała przeczytać ją jednym tchem, niezależnie od tego ile masz lat. Jest ona bowiem przesłaniem do kilku pokoleń. Książka pod względem graficznym ma ciekawy układ. Dzięki przemyślnie dobranym artykułom, zdjęciom, komentarzom, jej lekturze towarzyszy niepowtarzalna atmosfera. W „MiB” każdy znajdzie coś interesującego dla siebie. Jestem z pokolenia gimnazjalistów lat 1945-1949, więc treści dotyczące tego okresu, bądź bohaterowie opowieści są dla mnie rzewnym wspomnieniem. Natomiast teksty odnoszące się do wcześniejszych i późniejszych lat przybliżyły mi sylwetki nauczycieli, ich pasje oraz życie codzienne koleżeństwa w różnych czasach. Wyłania się obraz nie tylko zmian zachodzących w szkole, ale i w społeczeństwie i w całej Polsce. Jestem pod wrażeniem artykułu „Dwa fortepiany” Sewka Ruda. Myślę, czemu jeszcze dziś panuje antysemityzm? Wspomnienia Aleksandra Nawrockiego są tak sugestywne, że wydaje mi się, że jestem wśród opisywanych zdarzeń, a zwłaszcza zwrot: „Wczesne młodzieńcze przyjaźnie, które zostały na całe życie” pasuje jak ulał do moich przyjaźni z lat gimnazjalnych. Ciekawe są zapiski Małgorzaty Piastun pt. „Szkoła to teraz piekło”. Odnośnie katechezy nastąpił zwrot o 180 stopni. „Uchol” uzmysłowił mi prawdę o werbowaniu uczniów i nauczycieli przez tajne służby, unaocznił czasy dwulicowości i pozornego spokoju. Mariusz Polakowski, autor opowieści „Misjonarze i Barbarzyńcy” przedstawił dylematy i niepokoje młodzieży, jej sprzeciw wewnętrzny, wrażliwość pokolenia, młodzieńczą naiwność, a jednocześnie konieczność podporządkowania się. To nie bezwolna masa, ale młodzież myśląca, czująca potrzebę nieformalnego tworzenia organizacji według własnej woli i potrzeb. No i na koniec „BlogAsek” Fascysi. To już najprawdziwsza internetowa współczesność. Na razie te blogi mnie przerażają, bo co z naszą ortografią, składnią i stylem? Ciężko się je czyta. Mam nadzieję, że fascynacja tą nową modą językową minie i wyprze ją inna – bardziej czytelna forma komunikacji. Kto weźmie do ręki tę książkę, przeniesie się w kraj lat młodzieńczych, pełnych fascynacji, rozterek, miłości, przyjaźni. Bo o tym jest ta wielowątkowa książka. Panu Mariuszowi Bondarczukowi składam szczere wyrazy uznania za trud włożony w opracowanie tej publikacji, która jest wzruszająca i tchnąca ciepłem, która budzi wiarę w człowieka w naszym zagonionym świecie.

Anna Urlich (uczęszczała do przasnyskiego gimnazjum w latach 1945-1949, emerytowany bibliotekarz)
Przasnysz 13.01.2007

Od kilku miesięcy słyszałem plotki, że wkrótce zostanie wydana nowa książka o naszym liceum, która "ma wstrząsnąć Przasnyszem". Ludzie mówili o odwołaniach w niej do materiałów Służby Bezpieczeństwa i to właśnie one głównie miały wywołać burzę w naszym mieście.

Pierwsze moje wrażenie: kiczowata okładka. "Latający" budynek mojego ogólniaka kompletnie nie przypadł mi do gustu. Ale nie to jest przecież najważniejsze. Atutem książki jest zapewne mnogość autorów-absolwentów. Dzięki temu zachowany jest kontrast, który zapowiada już sam tytuł: "Misjonarze i Barbarzyńcy". Można przeczytać tu zarówno wspomnienia kujonki, która "napawała się" chwilą matury, jak i imprezowicza, opowiadającego o alkoholowej stronie szkolnych dyskotek; naukowca z USA i leśnika z Legionowa.

Wspomnienia opublikował poeta, puszczając wodze języka, jak i "nowoczesna" nastolatka w iście BloGoWym stylu (sTyl ten bARdzo MniE rAZi, dLAtEGo nIE zOStAŁ prZezE MnIe doKłADnie pRZestUdiOwaNY). Jeden z uczniów korespondował ze swoją ukochaną oddaloną o setki kilometrów. W listach zdradza swoją pesymistyczno-buntowniczą naturę. Pisze do niej o wewnętrznych problemach związanych z wiarą, jak i o chęci uderzenia w twarz swojego wychowawcy - ciekawe. Szczególnie zaciekawiły mnie fragmenty poświęcone polityce PRL widzianej oczami ówczesnych licealistów.

Myślę, że przede wszystkim współczesny uczeń powinien zajrzeć do "MiB", aby przekonać się, jak bardzo w okresie komunizmu polityka była blisko szkoły i uczniów. Rodzicom licealistów również polecam tę książkę, żeby - przerzucając kartki z opowieściami ze swojej młodości i oglądając zdjęcia tableau - przypomnieli sobie, że oni też mieli po 17 lat i z ich zapałem do nauki różnie bywało, a powiedzenie "ach ta dzisiejsza młodzież" - 20 lat temu - dotyczyło także ich.

Radek Pszczółkowski (uczeń LO im. KEN - http://www.pszczolkowski.prv.pl)
Zakopane 6.02.2007

Jestem zaskoczona , że tak pięknie wydane i z takim nakładem pracy... Bardzo mi miło... Ucieszyłam się dowiadując się przy okazji, że Mirek założył Rodzinę, mam nadzieję, że jest szczęśliwy... Nasze "narzeczeństwo" zastygło na kartach MiB jako wzruszający powiew młodzieńczej miłości... Aż się rozmarzyłam...

Dominika Konsulea Madejska
(artysta plastyk, adresatka „Listów do Dominiki” opublikowanych w MiB)
Olsztyn 14.02.2007

Jestem pod wrażeniem lektury MiB. Nawet nie przypuszczałem jak burzliwe dzieje wiążą się z naszym LO. Nasze czasy to "kaszka z mleczkiem" wobec kłopotów, tych którzy uczyli się później. Ze stronic tej książki płynie smutna prawda, że nie wszyscy nasi Profesorowie zdali egzamin z historii. Nawiasem mówiąc przechwalam się w swoim środowisku i informuję wszystkich znajomych przasnyszan na emigracji o tej publikacji.
Podziwiam dbałość o materiały źródłowe i dobór relacji. Strona edytorska SUPER

Andrzej Wencław (matura 1973; zastępca ordynatora Oddziału Chirurgii Dziecięcej w Wojewódzkim Specjalistycznym Szpitalu Dziecięcym w Olsztynie)
Ciechanów 31.01.2007

Chwała panu, iż podjął się pan tak wielkiego trudu – opracowania historii „budy przasnyskiej” - jak ją nazywali uczniowie, a kręgi oświatowe, ponadpowiatowe zwały ją „Sorboną Północnego Mazowsza”. Niezależnie od krytyki, począwszy od samego tytułu i układu tematycznego, księga ma wartość niepowtarzalnego dokumentu, za który należy panu stokrotnie dziękować.

dr Alfred Borkowski (matura 1952, lekarz pulmonolog, regionalista, autor książek o Mazowszu Północnym; w 2003 wydał „Moje szkolne wspomnienia” poświęcone okresowi nauki w przasnyskim Liceum.
Tel Awiw 1 marca 2007

Już okładka książki, a właściwie księgi zachęca do czytania. Ciemne tło, a na nim dwa skrzydła, która unoszą piękny i jasny budynek gimnazjum, symbol światła, kaganiec oświaty w małym, pełnym ruin, które pozostawiła I wojna światowa, prowincjonalnym miasteczku. Nieco niżej krwawo zachodzące słońce przypomina o niedawnych walkach, a niżej sylwetki charakterystycznych dla miasta ważniejszych budynków. Sztywne okładki księgi, kolory nie przejaskrawione, świadczą o dobrym smaku artystycznym projektanta.

Merytorycznie mogę ocenić dzieło na podstawie mojego prawie 5-letniego doświadczenia, kiedy byłem uczniem tego wspaniałego, niezapomnianego zakładu naukowego. O braterskiej, koleżeńskiej atmosferze, która panowała w gimnazjum, decydowało grono nauczycielskie, świetnie dobrane, nastawione przeciw wszelkiej ksenofobii. Patronował temu dyrektor Aleksy Chmielowski, wielki erudyta i prawdziwy demokrata i uroczy ks. kanonik Kamiński.

„MiB” wiernie oddają tę atmosferę, wnikliwie i z naukowa dokładnością oraz znajomością szczegółów. Redaktor mimo, że za moich sztubackich czasów był albo dzieckiem, albo jeszcze go na świecie nie było, jakby nasiąkł wartościami, które decydowały o atmosferze panującej za moich uczniowskich czasów w przasnyskim gimnazjum.



Sewek Ruda (matura 1937, w Izraelu od 1956, autor opowieści „Dwa fortepiany” zamieszczonej w MiB)
Gdynia 27.02.2007

Skrzydła anioła i nietoperza to symbole dwóch mocy, dobrej i złej, mających szkołę w swoim władaniu. Skutkiem działania tych mocy, na szczęście o zbliżonej wielkości, szkoła góruje nad okolicą, a to co się w niej działo, przypomina nam treść książki „Misjonarze i Barbarzyńcy” autorstwa Pana Mariusza Bondarczuka i blisko trzydziestu współautorów, byłych uczniów i absolwentów gimnazjum i liceum w Przasnyszu. Książka okazała się uniwersalna. Jest czymś więcej niż pamiętnikiem, kroniką i albumem jednocześnie – trudna rzecz do opracowania. Tematyka dobrana jest świetnie, w opisach osób i miejsc pełno kolorów, emocji, uczuć szczerych i prawdziwych, dawka humoru, ale też wielkie dramaty, małe smutki i trochę złości. Tylko nieliczne rozdziały mają charakter sprawozdawczy, co czyni je raczej bezbarwnymi.

W sprawie wydarzeń o strasznych czasach stalinizmu, zamieścił Pan, Panie Mariuszu, dużo danych, m.in. o tragicznej śmierci w r.1948 mojej cioci, 18-letniej licealistki Janiny Jaworskiej; niektóre dane sprzeczne (vide Kronika Gimnazjum i LO w Przasnyszu z 1993 r.). Szkoda, że pominął Pan wersję z wydawnictwa ciechanowskiego z r. 2003, gdzie odnotowano fakt samowolnego porwania dwóch dziewcząt dla wymuszenia okupu na własne cele porywaczy, którymi były osoby starsze od uczniów, spoza szkoły, nie uczące się i nie pracujące. Trudno dać wiarę późniejszym (po 40-50-ciu latach) wyjaśnieniom byłych skazanych, o innym celu uprowadzenia. Wiele zagadnień z życia licealistów …ujrzało po raz pierwszy światło dzienne… jak na przykład zauważalny brak aprobaty dla faworyzowania najlepszych uczniów. Można odnieść wrażenie, że liceum znajdowało się w niewidzialnych sieciach prymusów i olimpijczyków, które oplatały szkołę bezustannie, drażniły wielu uczniów spragnionych wolności, swobody i beztroski. Misjonarze, co oczywiste, byli za tworzeniem jeszcze potężniejszej i bardziej widocznej sieci wspólnych sukcesów.

Czyż jest jednak do pomyślenia, aby w najmniejszej nawet fabryce nie czyniono starań wokół swego markowego produktu? A że przy tym powstają inne doskonałe wyroby, albo hity o nieprzewidywalnie dużym powodzeniu, bardzo być może.
Umieszczenie blogu młodzieżowego w MiB to dobry pomysł, pokazuje przeciwny biegun, odwagę, szpan, ucieczkę od rygoru poprawności, narzuconego przez niedoskonały (w pojęciu niektórych grup młodzieży) świat dorosłych. Jednak wybrał Pan wyjątkowo karykaturalny pod względem treści i formy blogasek.

Na okładce napisano: … MiB to wydawnictwo, które wyraziście ukazuje ewolucje uczniowskich postaw i mentalności pedagogów oraz wychowawców. Jednak nie w pełni to się udało, lepiej wypadło w odniesieniu do uczniów, zapewne dlatego, że sami przedstawili recenzje swojego postępowania, słabiej w odniesieniu do nauczycieli. Być może tkwi w tym jakiś problem, z czym już się Pan chyba trochę uporał, zaznaczając, że niektóre kwestie pozostaną nadal niedopowiedziane i tajemnicze.
Spodziewam się, że tom II MiB będzie wzbogacony o dalsze oryginalne dokumenty, chociaż same kartki dokumentów, to przecież nie cała prawda.
Zaprezentowany tom I MiB, w którym można znaleźć częściowe podsumowanie 80-letnich dziejów kolejnych roczników przasnyskich absolwentów, jest wartościowym, kompetentnym i pouczającym dziełem, za co przesyłam Panu jako głównemu Autorowi i Wydawcy wyrazy uznania i podziwu.

Teresa Jermolińska/Szczepańska
(matura 1965 <żeńska klasa francuska>; dr nauk chemicznych)