strona główna o książce spis treści opinie absolwenci ciąg dalszy zapowiedzi kontakt kupuję forum

Warszawa 10.01.2007

Jestem w trakcie czytania. Podobnie jak pierwszej Pana książki o przasnyskim Liceum, także tej nie udało mi się zacząć od początku i czytać chronologicznie. Najpierw ją sobie obejrzałem. Super są stare zdjęcia, zwłaszcza te przedstawiające szkołę kiedyś, ludzi miasto i okolice, że już nie wspomnę o zestawieniu zdjęć ludzi z momentu uczęszczania do liceum i teraz; to wszystko co zrobił z nimi czas, no i informacje co robią teraz... nasuwające refleksje jak kruche są młodzieńcze marzenia, ile z nich zostało. No cóż zawsze już chyba będę pesymistą.

Ze wspomnień (tych na razie przeze mnie przeczytanych) najbardziej poruszające są listy Mirka Goździewskiego. Z tych kilku tekstów, które do tej pory przeczytałem Listy do Dominiki są dla mnie najwartościowsze przez swą szczerość. Porażają pewną prawdą dorastania, podaną na gorąco, nie filtrowaną wspomnieniami osoby dorosłej, która widzi już rzeczy inaczej niż piszący rozgorączkowany chłopak, tym bardziej, że sam tej prawdy doświadczyłem w skondensowaniu przeżuwanym wiele lat... Podobnie jak jego historię z dziewczyną. Może dlatego to wszystko mnie wzięło, że wiele podobieństw w postrzeganiu świata zauważyłem u tego człowieka w stosunku do tego co sam postrzegam. A przecież jakże pokrzepiające jest czytać napisane przez kogoś w sumie obcego, myśli i konkluzje, zbieżne z własnymi, sprawiające, że ten ktoś staje się bliższy niż niejeden człowiek znany osobiście. Jest tam tylko jeden ewidentny błąd - brak zakończenia ich znajomości, dlaczego się rozstali itd. chociaż znając życie można mniej więcej tą sprawę rozkminić.

Cieszy mnie, że poruszył Pan temat płatnych korepetycji. Niestety w każdym systemie będą uprzywilejowani, co jednak nie znaczy, że nie trzeba robić ile się da w walce o równe szanse. Szczerze mówiąc trochę się zawiodłem na blogu Fascysi. Potwierdza on moje wcześniejsze obserwacje roczników starszych od mojego i tych coraz młodszych, skłaniające do obaw, że wraz z kolejnymi pokoleniami licealistów (w ogóle ludzi) zamiera duchowość, metafizyka, klasyczne ujęcie piękna, kosztem pewnej automatyki zachowań, że nie chcę powiedzieć łatwizny. Nie wiem, może nie jestem kompatybilny z tym pokoleniem, mimo że nie potrzebowałem słowniczka... a może jest tak, że kumam ich formę, ale ukryta pod nią treść średnio mi się podoba?

Co do zaniku duchowości to myślę, że kto jak kto, ale młodzież ponosi za to najmniejszą winę. Oni po prostu zostali wrzuceni w taki świat. Zresztą w Przasnyszu od dawna już klimat nie sprzyja duchowości. Nie ma miejsc, gdzie można by rozwijać się wewnętrznie. Są tylko enklawy hedonizmu takie jak dyskoteki, całodobowe sklepy, mety z nielegalnymi używkami... Ci którzy mogą, uciekają stamtąd jak szczury z tonącego okrętu. Nikt nie przejmuje się tymi, którzy zostają. Byłem w Przasnyszu całe dwa tygodnie w lato na urlopie. Nie chciałem nigdzie jechać. Chciałem wstać rano i czuć się jak kiedyś, kiedy tam mieszkałem. Nie chcę tu biadolić, ale jest gorzej niż było, kiedy uciekałem z Przasnysza w 1999. Zresztą wystarczy zerknąć na aktualne miejsca zamieszkania większości absolwentów. Mało kto został na starych śmieciach. A przecież, np. jeśli o mnie chodzi, zresztą tak samo jak w przypadku większości moich kumopli, którzy wyjechali, wolałbym zostać w Przasnyszu, ale niestety nie ma po co.

Zestawiłem też mój tekst drukowany w MiB z jego odpowiednikiem w „Przejściach” i wg mnie ten z Przejść ma siłę rażenia znacznie większą. Zastanawiam się tylko i obawiam, jakie reakcje wywołałoby wydrukowanie jego wersji hard. Więcej informacjo za jakiś czas.

18.01.2007

Zacząłem od początku, przeczytałem, na razie, pierwsze trzy historie i jestem w szoku. To były dopiero problemy, to było życie. Zastanawiające, że moje pokolenie nie przeżyło jakiejś traumy a jednak w stosunku do tych z lat 20, 30 wydaje się odbierać życie i świat bardziej

pesymistycznie, i nie mówię tego tylko w swoim imieniu... Być może już na starcie dostaliśmy od życia zbyt wiele, i w głowach nam się przewraca. Gdybyśmy musieli walczyć o przetrwanie... Drabina Masłowa się kłania (http://www.umysl.pl/psychologia/mod_maslow.html). I te stare zdjęcia. Nie wiedziałem, że na miejscu przychodni była synagoga. A może ona dalej tam jest? Przecież w przypadku tego typu miejsc, (prawda synagogi nie są budynkami sakralnymi jak kościoły dla chrześcijan) budynek to tylko forma dla treści.

Grzegorz Karwowski

(matura 1995 - autor „Szkoły przetrwania” publikowanej w MiB. GK jest autorem dwóch nieopublikowanych powieści. Jedną z nich zatytułował „Przejścia”)






Warszawa 12.01.2007

Przed dwiema godzinami odebrałem MiB. Przeglądałem książkę z wielkim zainteresowaniem i - co szczerze przyznaję - nie bez wzruszenia. Pięknie Pan to zrobił i należy się Panu za to duże uznanie. Nie mogę jednak powstrzymać się od uwagi, że gdybym był na Pana miejscu, to z pewnością zrezygnowałbym z rozdziału "BlogAsek". Moim zdaniem jest on nieco infantylny i stanowi zdecydowany dysonans w całości książki.

Za istotny mankament w historiograficznym elemencie książki uważam brak listy nauczycieli od początku istnienia Szkoły i spisu absolwentów od pierwszej matury do ostatniej przedwojennej, a przecież materiałami tymi Pan dysponuje. Szkoda, że nie wziął Pan tego pod uwagę. Tak czy owak wykonał Pan świetną robotę i szczerze PANU GRATULUJĘ I ŻYCZĘ DALSZYCH SUKCESÓW (Duże litery wyszły mi całkiem przypadkowo, ale niech tak zostanie).

Sławomir Smoleński (uczeń przasnyskiego Gimnazjum przed 1939 rokiem)
Warszawa 15.01.2006

Gratuluję urody publikacji. Z przyjemnością pokażemy ją na łamach naszego portalu i w miesięczniku ,,Wydawca'' - warto.

Andrzej Palacz (redaktor naczelny miesięcznika „Wydawca” www.wydawca.com.pl)
Przasnysz 16.01.2007

Kiedy zobaczyłam w przasnyskiej witrynie księgarni plakat "Misjonarzy i Barbarzyńców", westchnęłam głęboko. No tak - kolejne wydanie z serii "niech Dyrekcji będzie miło", pełne oklepanych frazesów w stylu "nasze wspaniałe liceum od ponad 80-ciu lat jest najlepszą szkołą w regionie". Słowem - nudne, małomiasteczkowe, niewarte uwagi. Idealne, by wcisnąć jako podarunek jakiemuś Wielkiemu Politykowi z Warszawy, który zaszczycił swą wizytą nasze jakże skromne, przasnyskie progi.

Z ciekawości weszłam jednak do wspomnianej księgarni, aby bliżej zapoznać się z książką. Na tylnej okładce czytam: "Opowieści z Misjonarzy i Barbarzyńców (...) tchną realizmem i dotykają także tych spraw, które jakże często są przemilczane w publikacjach poświęconych szkołom jako zbyt kontrowersyjne czy niepedagogiczne". Słowa odważne, nie powiem. Pozostaje pytanie, czy to jedynie "chwyt marketingowy" w sam raz na okładkę książki? No, bo przecież za ostro nie można, "żeby się Pani Dyrektor/Pan Dyrektor nie obraził", a może nawet by była afera. Postanowiłam, że jednak książkę mimo wszystko przeczytam - choćby po to, by przekonać się ile tam jest prawdy z tego, co napisali na okładce.

Opowieści poukładane są chronologicznie. Pierwsze kilka przyjęłam bez większego entuzjazmu i zainteresowania. Wiadomo - to, co działo się w ogólniaku kilkadziesiąt lat temu, czytam jak fantasy. Historie te mogłyby być równie dobrze wymyślone. Nie moje czasy i nie moje liceum.

Przyjęłam więc inną taktykę - czytanie opowieści "od ostatniej do pierwszej" było o wiele bardziej interesujące. No.. może z pewnymi wyjątkami. Rozpoczęłam od zapisków z bloga Fascysi. No cóż... jest takie słowo, które doskonale określi poziom tego tekstu - żenada. Ktoś powie: większość internautów pisze w ten sposób, za nic mając wszelkie zasady polskiej ortografii, gramatyki i interpunkcji. Nie rozgrzesza to jednak nikogo z barbarzyńskiego kaleczenia języka polskiego. Czy sklecenie poprawnego zdania jest naprawdę tak trudne? Współczuję Fascysi wtórnego analfabetyzmu. Osoby tego pokroju w pewien sposób krzywdzą normalną, inteligentną młodzież. Wielu nastolatków ma większe ambicje, niż dyskoteka w "Ibizie", czy potajemne palenie papierosów za szkołą. Autorka bloga wyraźnie nie dorosła do szkoły średniej. Po tych niezwykłych doznaniach literackich byłam bliska załamania, ale postanowiłam się nie poddawać.

Trafiłam na opowieści różniące się o sto osiemdziesiąt stopni od fascysiowych wywodów. Mam na myśli świetne teksty Mariusza Polakowskiego i Grzegorza Karwowskiego. Przy czytaniu spostrzeżeń i komentarzy autorów (tak podobnych do moich) na temat uczących mnie nauczycieli, ubawiłam się świetnie. Plastyczne opisy na pozór nieważnych spraw i miejsc przeniosły mnie do biblioteki, szkolnych korytarzy sprzed kilkunastu lat. Poczułam zapach bibliotecznych książek, klimat wspólnych wakacyjnych wyjazdów. Wbrew pozorom, wiele się przez ten czas nie zmieniło. Przeobraża się tylko otoczenie - kolejne pokolenie KENiaków nie odwiedza kawiarenki „U Piotra”, a lokalne pizzerie.

Obawiam się jednak, że choć to pozycja godna uwagi, może nie znaleźć dużego grona zainteresowanych. Po pierwsze: książki tego typu już na starcie mają naklejoną łatkę steku suchych faktów, podkoloryzowanych dla dobrego imienia szkoły. "Misjonarze i Barbarzyńcy" mogą na tym poważnie ucierpieć. Podsumowując - książka jak na lokalne warunki zdecydowanie się wyróżnia. Może być uniwersalnym prezentem dla osoby w każdym wieku, bez względu na to, czy zna KENa, czy nie. Polecam MiB także wszystkim uczniom, którzy pragną dowiedzieć się czegoś więcej o miejscu, w którym codziennie przebywają i chcą poznać grono pedagogiczne z innej strony.

Joanna Tichonowicz (uczennica I klasy LO im. KEN w Przasnyszu)
Warszawa 17.01.2007

Przeczytałem książkę MiB z ogromnym zainteresowaniem. Forma oparta na wspomnieniach jest przysłowiowym "strzałem w dziesiątkę". Dzięki temu nie mamy kolejnego, okraszonego cenzorsko wybranymi zdjęciami, pomnika wystawionego przasnyskiemu LO, jak to zdarzyło się w 2003 roku.

MiB to odczuwane przez samych tworzących historię LO wspomnienia, wraz z subiektywnym komentarzem do otaczającej ich ówczesnej rzeczywistości (zarówno w samym LO, w Przasnyszu, a nawet w Polsce i na świecie). Mamy tu też udostępnione przez poszczególnych autorów zdjęcia. Książka może być uznana za kontrowersyjną, ponieważ burzy idealizowane postacie niektórych osób związanych z historią szkoły, a pokazuje, że inni odsunięci na bok, tak naprawdę zasługują na większy szacunek. Wreszcie poruszono też i ciemne karty historii - okres realnego socjalizmu, inwigilowanie i zastraszanie uczniów przez znanych w Przasnyszu funkcjonariuszy UB i SB. Pokazano współpracę dyrekcji LO ze służbami przeciwko uczniom.

Z mojego okresu w przasnyskim LO (1989-1993) świetne wspomnienia zamieścił Mariusz Polakowski. Zwarł w nich to, co było esencją tego czasu - okres "Bachus"-a, "PLOyboy"-a, i dziejących się gdzieś w tle przemian zachodzących w Polsce.

Szkoda, że dzień dzisiejszy przasnyskiego LO nie napawa optymizmem - odeszli nauczyciele, którzy byli legendami, a następców nie widać.

Michał Kiembrowski (matura 1993, specjalista technologii informatycznej, Hewlett-Packard Polska)
Przasnysz 17.01.2007

Każde miejsce ma swoją historię. Jak można wysnuć z lektury tej książki dzieje przedstawionej w niej szkoły są bardzo bogate. Zaintrygował mnie już sam tytuł publikacji. .Szukałam więc w niej "misjonarzy", a zwłaszcza "barbarzyńców". Zachęcam do tej konfrontacji. Zwróciłam też uwagę na fakt, że obok zdarzeń związanych z rozwojem szkoły dostrzec można również historię miasta i okolic wplątaną w dzieje naszego kraju. Lekturę tej książki polecam wszystkim miłośnikom historii regionu.

Książka jest pięknie wydana, oprawiona w twardą okładkę, zawiera bogaty zbiór fotografii, dokumentów, a nawet prywatnych listów. Redaktorowi należą się wyrazy podziwu za staranność, poświęcony czas i profesjonalność w przygotowaniu tej publikacji.

Anna Miętek (uczennica I klasy LO im. KEN w Przasnyszu)
Frankfurt n. Odrą 19.01.2007

Książka jest fantastyczna, składam zasłużone wyrazy uznania. Styl, treść, forma, okładka i te szczególiki nadające całości pikanterii - takiej publikacji nie powstydziłoby się żadne wydawnictwo! Serdecznie zatem gratuluję i cieszę się, że choć w małym stopniu mogłam się przyczynić do powstania książki. Jeśli będzie Pan chciał, abym napisała coś do drugiej części, to z wielką chęcią pomogę. Warto było poczekać.

Aleksandra Dziemaszkiewicz (matura 1999, prawnik, autorka „Alfabetu przedsionka) w MiB, stypendystka Fundacji Konrada Adenauera na Uniwersytecie Europejskim Viadrina )