strona główna o książce spis treści opinie absolwenci ciąg dalszy zapowiedzi kontakt kupuję forum

Wrocław 25.07.2005

Czytane przed drukiem


Książka jest świetna! Przeczytałam ją jednym tchem, choć nie jestem absolwentką przasnyskiego liceum, ba – nigdy nawet w Przasnyszu nie byłam!!! MiB to opowieść dla każdego, kto jakąś część życia spędził w liceum, ucząc się w nim lub nauczając, w dowolnym miejscu w kraju. Znakomicie dobrane teksty pokazują ewolucję mentalności uczniów i postaw nauczycieli, która dokonała się w ciągu minionego stulecia – to mi się w niej najbardziej podoba.

Dzięki chronologicznie ułożonym relacjom ludzi z różnych roczników w MiB można prześledzić, na czym polegają różnice pokoleniowe: jak zmienia się stosunek nauczycieli do uczniów oraz uczniów do nauczycieli, a wraz z nim etos nauczyciela, hierarchia wartości uczniów, ich stosunek do nauki, do spraw publicznych, zainteresowania, a nawet język, którym o tym wszystkim opowiadają. Uważam, że książka powinna być lekturą obowiązkową dla każdego współczesnego nauczyciela, niektórzy po jej przeczytaniu powinni się co najmniej zawstydzić…

Proszę zorganizować jej sprzedaż w internecie, bo ja już ją poleciłam kilku moim znajomym… Dużo zdjęć postaci, zwłaszcza zbliżeń twarzy, sprawia, że historie przedstawianych ludzi, już nie anonimów, poruszają. Bardzo ciekawym zabiegiem jest zestawienie zdjęć autorów tekstów: kiedyś i dziś.

Ogromną rolę pełnią też biogramy; dzięki nim wiemy, kto do nas mówi, a są to ludzie, których warto posłuchać, bo najczęściej są Kimś (esbecy i donosiciele to tylko ktosie, ale dobrze, że przemówili – odkrywają kulisy swej działalności dotąd nieznane zwykłym ludziom; nieczęsto można spotkać takie relacje, to z pewnością będzie się podobało). Szczerze gratuluję dzieła i podziwiam za jego przygotowanie. Wyobrażam sobie, ile trudu kosztowało zebranie tak bogatego materiału!!! Naprawdę jestem pod wrażeniem!!!

Iwona Mokrzan
(autorka podręczników gimnazjalnych do języka polskiego, konsultant językowy „MiB”






Radom 29.12.2006

Dla mnie jest to ocalanie od zapomnienia centrum wszechświata- Przasnysza i centrum życia - czasu młodości w liceum. Cała reszta to kręgi na wodzie rozchodzące się współśrodkowo. Postaram się o konstruktywną krytykę na forum, jak poczytam więcej.

Joanna Ludwińska/Liszewska (matura 1976, nauczycielka)
Gdańsk 11.01.2007

Jeszcze przed reklamą przeglądałam książkę z wielkim zaciekawieniem. Teraz każdego wolnego wieczora, delektuję się większymi jej fragmentami. Z zainteresowaniem czytam o uczniach i ich losach, niezależnie w jakich latach byli sercem dzwonu tej szkoły. Na początku popatrzyłam na stopkę wydawniczą, czy jest ISBN i inne tam takie tajemnice bibliograficzne. Spis treści posiada układ zaciekawiający czytelnika, jak również ujawnia umiejętności redaktora w dziedzinach: metodycznej i metodologicznej. Widać, że wolumin jest wydany bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Nic dziwnego, że książka cieszy się wielkim zainteresowaniem.

Składam gratulacje i podziękowanie za trud, dociekliwość i interesujące ujecie poszczególnych tematów. Brawo! Pozdrawiam serdecznie i czekam na następne publikacje

Alina Lewandowska/Wronowska
(matura 1963, wieloletni kustosz biblioteczny UG, który ma pod opieka księgozbiór niemieckojęzyczny z różnych epok)
Krajewo Wierciochy, gm. Krzynowłoga Mała 27.12.2006

O „Misjonarzach i Barbarzyńcach” okołoświąteczna złośliwości garść


Drogi Panie Mariuszu, a właściwie Panowie Mariusze, bo w tej książce dostrzegam duży udział, wręcz piętno, Mariusza Polakowskiego. Więc proszę i jemu ten tekst przekazać. Edytorstwo pierwsza klasa, na niemieckim poziomie - perwersyjnie perfekcyjnym! Kolega Wołosz i inni wydawcy północnomazowieccy powinni już pakować swe manatki, albo brać wzór z tego opracowania. Ale jak znam życie, pojadą dalej na zdjęciach z kalki, a wątpię, czy na swoich „humanistycznych super makach” doskoczą do połowy poziomu poprzeczki, jaką Pan dzisiaj przed nimi zawiesił na starym dobrym „pececie”.

Ale treść niesie rozczarowanie. Oczekiwałem kompendium wiedzy o liceum (stać Pana na to Panie Mariuszu!), ilustrowane wspomnieniami nauczycieli i uczniów. Tymczasem w pięknie wydanej książce znalazłem tylko te ostatnie - wspomnienia uczniów, czasem tak przeintelektualizowane, że aż skręca... I dla kogo taka lektura? Chyba dla samych autorów tychże wspomnień? Przyznam jednak, że lepszy intelektualizm Mariusza Polakowskiego od bezładu stylistycznego i gramatycznego ś.p. jego odnofamilca (a może i krewniaka?!), który na łamach lokalnych gazetek ogłaszał rozmaite bzdury o jedlipsie z chrzanem, o Borkowie-Falentach i o Bóg-wie-czym-jeszcze.

Mimo tego, gdyby Pan tę książkę w pół roku wydał, już bym dzwonił do p. Krzyżewskiego, co by postawić za życia pomnik lub jakąś tablicę pamiątkową Bondarczukowi. A do burmistrza - baczność - Trochmiuka - spocznij - pisałbym podanie o honorowe obywatelstwo dla MABa. Ale cztery lata grzebaniny w garści wspomnień! I jeszcze zapowiedź drugiego tomu! A zatem kolejne 4 lata stracone! RATUNKU!!! Chyba pójdę do kościoła się modlić, co by śp. ksiądz Jan Chmieliński każdej nocy w snach się Panu przypominał i palcem groził!

Oczywiście w odwecie może Pan, Panie Mariuszu, wytykać mi liczne błędy edytorskie (i merytoryczne też) w moim „Gnieździe i Krzach”. I będzie miał Pan 100-procentową rację.

Tylko proszę pamiętać, że ja tę cegłę zrobiłem w 1,5 roku w wolnych chwilach przy pomocy garstki wariatów, takich jak Senator, „Marcelak”, czy „Fortunaciak”. Dziś siedzę już sobie spokojnie nad stworzeniem profesjonalnego suplementu. A Borowi (te kochane Jambrzyki, Włosty i Kaliksty), których mam zamiar wydać w 2007 roku, i dalsze publikacje stricte historyczne, to też ma być nowa poprzeczka dla koszałków drętwo-drwęcko-lewandowskich. Oczywiście pod względem merytorycznym, bo pod względem edytorskim, to ja przy Panu mały Pikuś...

Wróćmy jednak do MiB. Są tam, oprócz tych wspomnień, ciekawe marginalia okraszone zdjęciami, biogramami, cennymi informacjami. Ku memu przerażeniu marginalia niosą w sobie najwartościowszą treść tej pracy! No i galerie zdjęć portretów maturzystów kolejnych roczników. Ileż tam znajomych postaci! Ale parę podpisów chyba błędnych. A i w marginaliach są pewne błędy. Jarzynny Kierz (dawniej leśna życiowa przystań drobnoszlacheckich karciarzy i utracjuszy - w tym 7-iu Chodkowskich!), a nie „Jarzenny Kierz”, jak Pan podaje. No i leży w gminie Chorzele, a nie Krzynowłoga Mała.

Całości jeszcze nie czytałem i pewnie przeczytać do końca nie dam rady. Wybrałem pewne fragmenty - przede wszystkim cenne relacje z czasów represji lat 80-tych, no i mój rocznik (1974) reprezentowany przez Mariusza Polakowskiego, Mirosława Goździewskiego i pozornie nieobecnego Grzegorza Chodkowskiego. Zresztą osobiście znam tylko tego ostatniego i to z bardzo pozytywnej strony.

Przeraża mnie ogrom represji stosowanych przez SB na uczniach liceum i bierność nauczycieli. W tym samym okresie, kiedy w przasnyskim liceum udawano, że Katynia w ogóle nie było, w mojej warszawskiej podstawówce (klasy 7 i 8) nauczyciel historii przynosił londyńskie wydawnictwa traktujące o tej zbrodni. To samo się działo i w moim warszawskim liceum (pytałem o to starszych kolegów). Zresztą o 17 września 1939 roku, o Katyniu, o zbrodniach stalinowskich, można było usłyszeć na słynnych kazaniach proboszcza (od 1984 roku) w mojej parafii Krzynowłoga Mała - nieodżałowanego księdza Piotra Urbańskiego. Wychodzi więc na to, że ksiądz Urbański był jednym z nielicznych, którzy w tym czasie w okolicach Przasnysza, nie bali się o tym mówić publicznie.

Ale jak czytam relację Marcina Kołakowskiego, komuna w liceum przasnyskim nie padła w 1989 roku, skoro nie przyjęto doń trójki jego młodszego rodzeństwa ze względów pozamerytorycznych. Znam podobną historię, tyle, że z czasów stalinowskich. Najstarsza siostra mego ojca (rocznik 1928) jeszcze została przyjęta do tej szkoły (uczęszczała do jednej klasy z przyszłym księdzem Tadeuszem Niestępskim). Reszta rodzeństwa ze względu na szlacheckie pochodzenie nie miała prawa wstępu do państwowych szkół ponadpodstawowych. Więc uczyli się prywatnie w Łodzi u księży salezjanów.

Mnie też ominęło przasnyskie liceum - zaliczyłem jego warszawski odpowiednik, o którym można było by długo - stąd moja ciekawość relacji Goździewskiego i Polakowskiego. I z tych urywków widzę, że był to zupełnie inny świat od tego, który ja musiałem przetrwać. W tym czasie do warszawskich szkół dotarły już narkotyki i wiele innych złych rzeczy. A bunty przeciwko kościołowi i religii, inspirowane przez środowisko „Gazety Wyborczej”, jak i samych nauczycieli, były jawne i obrzydliwe (tak je wówczas oceniałem i moja ocena dotąd nie uległa zmianie). Prywatny bunt Goździewskiego to naprawdę drobiazg przy tym co się u mnie wyrabiało. Ale u mnie zwycięstwo odniósł ksiądz (trydenckiego rytu!), sprowadzony z Londynu, który błyskawicznie poradził sobie z całym tym inteligenckim chlewem.

Ale wróćmy do przasnyskiego rocznika 1974. Frajer z Grześka Chodkowskiego, że nie dał do tej książki swych wspomnień, choć go o to sam prosiłem nie raz. Pewne więc kwestie, o których doskonale obaj Panowie Mariusze wiecie, są w MiB przedstawione bardzo jednostronnie. Czy dla zwykłej przyzwoitości i obiektywności, nie należało zamieścić choć zdjęcia listu „skina Grzesława” do „Gazety Przasnyskiej”?

Niestety podejmowanie tematów dotykających historii najnowszej to rzecz wielce ryzykowna. Czy Pan, Panie Mariuszu, nie boi się, że po przeczytaniu MiB, kolejne osoby dołączą do grona osób Panu, mówiąc delikatnie, niechętnych? Ja doceniam to ryzyko, podziwiam i gratuluje podjęcia tematu - choć oczywiście samo ujęcie tematu nie za bardzo mi smakuje.

Na koniec słów parę o zapowiedziach nowych wydawnictw, o ile znów nie przepadną kosztem grzebań nad tomem drugim MiB (i po co?). W pełni popieram wydanie wspomnień przasnyskich Adama Myślińskiego - to wspaniały stylista. Czytanie jego tekstów zawsze odbierałem jako wielką przyjemność. „Mały” Kłoczowski to już kwestia honoru! Przy okazji, odnalazłem metrykę ślubu Czosnowskiego z Freymanówną - ależ to porąbana konstrukcja. Rozwódka po jakimś Szwabie, zaś córka Niemca i Miecznikowskiej, po swym bezpotomnym wuju przejęła Rzęgnowo, by wnieść je w posagu swemu drugiemu mężowi, a zarazem i kuzynowi przez tychże Miecznikowskich. Do tego dochodzą i inne ciekawe informacje, których Wołoszowi nie sprzedałem, bo ciągle wierzę w Pana, Panie Mariuszu!

Adam A. Pszczółkowski (badacz dziejów szlachty, autor książek: ”Gniazdo i Krze. Rodowody Chodkowskich” i „Szlachta przasnyska w połowie XIX w.”
Pruszków 27.12.2006

Odpowiedź Mariusza Polakowskiego na list Adama Pszczółkowskiego


"Krytyka" w liście Pszczółkowskiego to coś, czego być może potrzebuje każdy Autor/Redaktor, żeby rozsądnie spojrzeć na własne dzieło. Mam tylko jedno "ale": w owej "krytyce" złamana jest podstawowa zasada krytyczna, której ja sam hołduję (stąd "krytyka" w cudzysłowie) - oceniamy dzieło jako zamkniętą całość, jako konkretną propozycję Autora, a więc krytykujemy dzieło za to, co w nim JEST, a nie za to, czego... nie ma. Dlatego ciężko mi odpowiadać na zawarte w "krytyce" zarzuty.

Chyba, że wspomnę o miejscami rażąco dużej (choć nie jestem w stanie powiedzieć, czy zbyt dużej) ufności we własne kompetencje, jak przy ocenie Gaczyńskiego, czy stryja Zbigniewa [Polakowskiego]... Być może taka jednoznaczna krytyka jest uzasadniona, jednak sposób jej podania (pozbawionego argumentacji) - już nie. Ja sam nie dostrzegam własnego piętna w MiB. Nie mogę zgodzić się na takie stwierdzenie, pamiętając, że pracowałem przy książce wyrywkowo i z doskoku, nie ogarniając nigdy całości. Nie godzę się na taką nobilitację.

Cóż jeszcze? Ten sposób krytykowania dzieła za samo jego istnienie... To znaczy krytyka projektu, gdzie faktografię niesie margines, a jądrem opowieści jest subiektywna, osobista narracja. Czy to się wszystkim może podobać? No nie, oczywiście. Rzecz gustu. Ale to nie znaczy, że krytyka w stylu "należało to zrobić inaczej" ma sens. To, że nie gustujemy w "historii prywatnej", nie znaczy, że nie ma ona porównywalnej z innymi "historiami" wartości. Być może mamy tu do czynienia z niechęcią wynikająca z niezrozumienia samej idei prywatności i życia codziennego w dziejopisarstwie.

I jeszcze ta próba "tworzenia na czas", porównywania dwóch aktów twórczych: redaktora MiB i "krytyka" tychże. Dlaczego 4 lata poświęcone pracy mają być gorsze od jednego roku? Nie znajduję doprawdy powodu. Nawet, jeśli po czterech latach powstaje epigramat, a po roku opasłe tomiszcze... Czym różni się praca od pracy? Doprawdy nie wiem. W sumie jednak myślę, że "krytyka" Pszczółkowskiego jest dobrym, ostrym początkiem dyskusji. Niech się broni sama (choć sądzę, że - jako oparta na wątłych argumentach - polegnie).

Moi znajomi - związani i nie związani z "ogólniakiem" oceniają MiB jako fascynującą opowieść. Właśnie: OPOWIEŚĆ. Od Białoszewskiego do Fascysi nie ustaje narracja, której źródłem jest "ogólniak", a tłem - cały świat, przeglądający się w tym miejscu, jak w okruchu lusterka. Ja sam po przeczytaniu całej książki, po dokończeniu ostatniego jej zdania, poczułem się jakbym przebrnął przez sagę, przez długą gawędę i ocknął się nagle sam, pośród śpiących słuchaczy, przy wystygłym ognisku. Gawędziarz gdzieś zniknął. Ci, co nie dotrwali do końca, chrapią. Wstaje świt.

Pszczółkowski pisze, że spodziewał się "kompendium wiedzy" o szkole, a więc - jak rozumiem - jakiegoś leksykonu skrzyżowanego z kroniką wydarzeń. Jednak takie kompendium traci coś istotnego z własnego pola widzenia. Nie chodzi mi o to, że jest zazwyczaj nieczytelna cegłą papieru, której nie można pokochać jako opowieści. To rzecz już wtórna. Chodzi mi natomiast o to, że "kompendium" odpowiada jedynie na pytanie "Jaka jest/była ta szkoła?" tzn. podaje fakty, liczby, zestawienia, imiona, nazwiska, zaznacza pewne zmiany w czasie itp. A dla mnie pytaniem, które jest wcześniejsze, więcej - podstawowe, jest pytanie "CZYM JEST ta szkoła?". Odpowiedzi na to pytanie nie udzieli kompendium. Nie ma na to szans.

Założenia i dobre chęci ministrów, kuratorów i rady pedagogicznej oraz ich realizacja to jedno, a rzeczywistość - to co innego. Szkoła jest dla uczniów, podobnie jak nauczyciele, kuratoria i ministerstwa. Szkoła ma UCZYĆ. Nie dawać pracę na stanowisku nauczyciela jakimś ludziom, nawet całkiem poczciwym. Bo nauczyciel, żeby nauczyć, musi być osobowością, musi kochać swoją pracę i nie wstydzić się tego. Nie powinni go zrażać ani głupkowaci (czyli niektórzy) uczniowie i równie głupkowate programy nauczania (bo miłość jest w końcu ślepa). Nie powinna go uwierać własna nauczycielska skóra. Opowieści zawarte w MiB to swoista cenzurka wystawione właśnie nauczycielom i szkole przez uczniów. Moim zdaniem nie jest to nawet cenzurka najgorsza. Zwłaszcza, jeśli chodzi o nauczycieli przedwojennych.

Bohaterów MiB nic nie łączy prócz LO. Ale! Chwileczkę. Zastanówmy się, co znaczą słowa "nic, prócz LO". Uwaga poświęcona słowom zawsze się opłaca.

Otóż "LO" to budynek, ale to też żywy organizm. Podobnie jak "dom". "Łączy nas LO" to oznacza dla mnie tyle, że każdy z nas wchodząc kiedyś pierwszy raz do budynku LO miał przed sobą cztery (no, ja pięć...) lata nauki, pomnożone przez kilkanaście przedmiotów i kilkudziesięciu nauczycieli; lata przyjaźni, niepokoju i miłości, pomnożone przez jedną czy dwie setki znajomych uczniów, tysiące kłótni, rozmów, niespodzianek, zawodów.

Ja nie pamiętam twarzy szkolnych prymusów, ale mam wciąż przed oczami szkolne piękności. Zapomniałem wykładów nauczycieli, ale pamiętam krótkie przebłyski, kiedy mówili do mnie jak człowiek do człowieka, a ja akurat miałem ochotę jak człowiek tego wysłuchać. Nie pamiętam własnych ocen, ale pamiętam chwile własnego wstydu albo dumy, związane z tymi ocenami. JAK DO LICHA PRZEKAZAĆ TĘ WIEDZĘ W KOMPENDIUM???

Jak w kompendium opowiedzieć o życiu, które nie składa się ze spania w łóżku, jedzenia posiłków, spacerów po chodniku, siedzenia za biurkiem itd. ale ze wzruszeń, doznań, przemyśleń. To, że dzisiaj czegoś się spodziewam, oznacza mój jutrzejszy zawód albo radość. Jak opowiedzieć o tym w kompendium?

Początkujący licealiści to Barbarzyńcy, wchodzący w granice obcego im terytorium. Z przeżyciem tutaj muszą poradzić sobie sami. To niezwykła, wyjątkowa pora wielkiej wyprawy w czasie. Swój obraz nowej ziemi budują za pomocą dostępnych sobie słów. Nawet jeśli ten obraz będzie mitem, niezgodnym z "wersją oficjalną" (np. szkoła jako miejsce przyjaźni i miłości, a nie realizowania ministerialnych programów), to pozostanie on w Barbarzyńcach do końca ich życia. Dla nich będzie JEDYNY. Dla nich ten mit nie jest kłamstwem.

PS

C.S.S. Lewis (autor niedawno zekranizowanych "Opowieści Narnii") lubił mity, ale uważał je za kompletne zmyślenia, całkowicie pozbawione prawdy. Pewnego wieczora odwiedził J.R.R. Tolkiena (autora również niedawno zekranizowanego "Władcy pierścieni") i wybrał się z nim na spacer. Rozmawiali o mitach właśnie. Lewis powtórzył swoje zdanie, że są to tylko „bezwartościowe kłamstwa”, choć pełne uroku. „Nie -- odparł - Tolkien. -- To nie są kłamstwa”. Właśnie wtedy (jak wspominał później Lewis) "nagły podmuch wiatru zerwał się niespodzianie w ten cichy i ciepły wieczór, strącając tyle liści, że przypominało to deszcz. Wstrzymaliśmy oddechy". Kiedy Tolkien podjął przerwany wywód, wykorzystał jako argument to, co przed chwilą widzieli.

"Spoglądasz na drzewa -- powiedział -- i nazywasz je 'drzewami', zapewne wcale się nad tym nie zastanawiając. Nazywasz gwiazdę 'gwiazdą' i więcej o tym nie myślisz. Dla ciebie drzewo jest po prostu organizmem roślinnym, a gwiazda kulą nieożywionej materii poruszającą się po ściśle określonym torze. Tymczasem pierwsi ludzie mówiący o 'drzewach' i 'gwiazdach' widzieli je zupełnie inaczej. Dla nich świat roił się od mitologicznych istot. Spoglądali na gwiazdy jak na żywe srebro stające w ogniu pod wpływem wieczystej muzyki. Widzieli niebo jako kopułę wyszywanego klejnotami namiotu, a ziemię jak łono, z którego wyszło wszelkie życie. Dla nich cały proces stworzenia był przetykany mitem i usiany elfami. Tworząc mity i różne mitologie - ciągnął Tolkien - człowiek w istocie współtworzy Boże dzieło i przekazuje nam drobny, rozszczepiony refleks prawdziwego światła. Tak więc mity wcale nie są jedynie »kłamstwami«, one zawsze zawierają odrobinę prawdy”.

Lewis, wspominając ten spacer, nie mówił, że Tolkien go przekonał, ale też i nie odmawiał mu racji…

Mariusz Polakowski (matura 1994, autor tytułowej opowieści „Misjonarze i Barbarzyńcy” publikowanej w MiB)